3 lipca 2017

"Pamiętnik ze starej szafy" - Patrycja May [zapowiedź patronacka]

Patrycja May

Z przyjemnością informuję, że mój blog (halmanowa) objął patronatem medialnym książkę Pamiętnik ze starej szafy Patrycji May. 

Zabawna opowieść o dorastaniu młodej, zakompleksionej dziewczyny w czasach chylącego się ku upadkowi socjalizmu i początkach wolnej Polski. Zwariowana rodzina, nieobliczalni przyjaciele, a wreszcie proza życia przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, widziana oczami młodości, gdzie wzniosłość przemian przegrywa z drapieżną chęcią przeżycia przygody. Historie czwórki przyjaciół wkraczających w dorosłe życie, szalonego dziadka Staśka i ciotek: Felicji, której największym pragnieniem jest ponowne zamążpójście, i Amelii - despotki wzbudzającej strach całej rodziny. Dawka śmiechu gwarantowana. 

Bardzo, ale to bardzo się cieszę z tego patronatu! Pamiętnik ze starej szafy to wyjątkowa powieść, lekka, przyjemna, wciągająca, a przede wszystkim niezwykle zabawna. Niejednokrotnie doprowadzała mnie do łez radości. W tajemnicy zdradzę wam, że w gdańskich tramwajach linii 6 niekontrolowane napady chichotów to już norma! Gorąco zachęcam do zapoznania się z tą pozycją wydawniczą. Premiera już 5 lipca. Na zachętę publikuję fragment powieści. Miłej lektury!



Kiedy zaczynała mnie już ogarniać czarna rozpacz, w końcu jeden jedyny człowiek zaproponował mi pomoc. Z ulgą pomyślałam, że chociaż on nie uległ tej zbiorowej histerii z obwinianiem mnie o katastrofę morską. Jakże bardzo się myliłam, zrozumiałam chwilę później. Zaproponował mi swoje dresy i trampki. Miał ze dwa metry w każdą stronę, a rozmiar buta wielkości bez mała tych płetw, które mi oferowano wcześniej. Nie mogłam jednak wybrzydzać. Podwinęłam spodnie i rękawy bluzy, ale z butami było gorzej. Wpadłam w lekką panikę, bo za czterdzieści minut powinnam być w domu. Nie zamierzałam tam przecież nocować. Moje buty leżały na dnie akwenu i sądząc po materiale, z jakiego były wykonane, leżą tam pewnie do tej pory. 

Przy klubie była niewielka plaża i płot z siatki, przy którym stało kilka rowerów. Doznałam olśnienia. Pożyczę rower, pojadę, przebiorę się, załatwię co trzeba i wieczorem oddam. Przecież oni i tak tam przesiadywali do ciemnej nocy. Poleciałam do mojego „wybawcy” od trampek w rozmiarze czterdzieści sześć i zapytałam, czy mogę pożyczyć któryś rower. Zarówno on, jak i „Ogorzały” wyrazili chęć pomocy i wskazali dwa stojące najbliżej drzwi. Do wyboru — normalnie eldorado. Szkoda że w kwestiach obuwia nie było takiego urodzaju. Wsiadłam na niebieski, bo pasował do dresików i ruszyłam przed siebie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle podbiegł do mnie kompletnie obcy facet, zrzucił mnie z roweru w pobliskie krzaki i wrzeszczał jak opętany:

— Złodziejko, oddawaj rower, zara milicję wezwę. Te buty też pewnie ukradłaś, bo takie jakieś wielkie.

Ci dwaj stali w drzwiach i ryczeli ze śmiechu, jak zarzynane barany. Przeprosiłam grzecznie, powyciągałam sobie jakieś liście z włosów i uciekłam. Byłam zdruzgotana, bo pierwszy raz w życiu coś ukradłam. Świadomie czy nie, ale fakt pozostał faktem. Wsiadłam do autobusu, bez biletu, rozczochrana, w ogromnych butach, i rozmyślałam, jak oddać ciuchy, żeby nie musieć tam wracać, i jakie życie jest okrutne. Po jakichś dwudziestu minutach stojący obok pasażer odwrócił się i głosem pełnym żałości powiedział do mnie:

— O Boże, ja od dziesięciu minut stoję na pani nodze i dopiero teraz zauważyłem. Przecież to musi boleć… Strasznie przepraszam.

Nie mógł wiedzieć, że stopa w owym trampku kończyła się w połowie buta, więc lekko się zdziwił, kiedy odpowiedziałam zblazowanym tonem:

— Nic nie szkodzi… Może pan stać dalej.

Do klubu postanowiłam pójść dopiero za rok, bo po pierwsze zaczynała się jesień, a po drugie miałam nadzieję, że po takim czasie nikt mnie już nie rozpozna jako złodziejki rowerów. Ciuchy zawiozła Julka, po którą potem musiał pojechać mój brat, bo oczywiście wrzucili ją do wody.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz