23 października 2016

DDA - wyrok czy szansa?

DDA, dorosle dzieci alkoholikow

Każdego dnia spotykamy mnóstwo ludzi. Wielu z nich sprawia wrażenie poukładanych, szczęśliwych i spełnionych. Pozory jednak mogą mylić.  Niektórzy, choć wydają się zwyczajni, tak naprawdę czują wewnętrzną pustkę, lęk i bezsilność. Udaje im się oszukać otoczenie, a często nawet samych siebie. Tacy ludzie są wśród nas. Skrzywdzeni, z ogromnym bagażem doświadczeń, których dzieciństwo przesiąknięte jest zapachem alkoholu, a nierzadko również przemocą. Dorosłe Dzieci Alkoholików. Z tym terminem spotkało się zapewne wielu z was. Czy DDA to piętno, które towarzyszy całe życie? Czy jest prawdziwą przeszkodą w budowaniu szczęśliwej przyszłości? Wyrokiem ostatecznym bez możliwości wniesienia apelacji? Poznajcie mój punkt widzenia.

Jestem DDA

Tak, pochodzę z rodziny dotkniętej problemem alkoholowym. Chociaż pierwsze lata mojego dzieciństwa były naprawdę szczęśliwe. Wszystko się zmieniło, gdy skończyłam dziewiąty, a może dziesiąty rok życia. Ojciec zaczął żyć obok nas, jakby zapomniał, że ma rodzinę. Zamykał się w swoim świecie, nie zważając na nic. I nagle zaczął pić.

Mam kilka dobrych wspomnień z dzieciństwa, ale większość została przyćmiona. Zdmuchnięta niczym płomień świeczki. Przez alkohol, kłótnie, wyzwiska, płacz mamy i jej bezradne spojrzenie. Strach w oczach mojego kilkuletniego brata, gdy po raz pierwszy ojciec podniósł na mamę rękę. Przez obojętność ojca w stosunku do nas, dzieci. I wreszcie przez bezradność mamy. My nie rozumieliśmy, dlaczego ona na to wszystko pozwoliła. Długo nie mogliśmy pojąć i w tej niewiedzy się wychowywaliśmy. Tygodnie zmieniały się w miesiące, miesiące w lata. W końcu separacja rodziców, a potem rozwód przyniosły ulgę. Miało być już tylko lepiej.

Na krótko. W życiu mojej mamy pojawił się drugi mężczyzna. Początkowo była sielanka, na świat przyszła moja siostra. Cieszyliśmy się. Jednak szczęśliwe zakończenie okazało się koszmarem. Wódka znowu wygrała. Alkohol, agresja i przemoc wobec matki po raz kolejny stały się nieodłącznym elementem życia rodzinnego. Byłam już nastolatką, rozumiałam dużo więcej. Próby rozmowy z mamą nie przynosiły jednak rezultatu. Bała się samotności bardziej niż bólu fizycznego. Nienawidziła tego człowieka, ale jednocześnie bardzo go kochała. Nie mogłam tego pojąć. Dopiero później dotarło do mnie, że moja mama jest współuzależniona. To dlatego każde rozstanie kończyło się powrotem. Zawsze wtedy iskierka nadziei pryskała we mnie jak bańka mydlana.

Po trzech kolejnych długich latach alkoholizm raz na zawsze zniknął z życia naszej rodziny. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Ulga, można złapać oddech, wrócić do normalnego życia. Jednak  nic nie miało być już normalnie. Alkohol zniknął, lecz zostały problemy, które przez tyle lat zdążyły urosnąć do ogromnych rozmiarów.


Bilans strat

Dziecko wychowujące się w domu alkoholika, czuje się ograbione z części własnego życia. Jest nieszczęśliwe, często odczuwa strach, bezsilność i samotność. Ma niskie poczucie własnej wartości albo nawet poczucie braku wartości. Czuje się odrzucone, inne, gorsze od rówieśników. Pojawiają się u niego problemy w kontaktach międzyludzkich. To wszystko ma poważne skutki w ich dalszym życiu.

Trudności, z jakimi przyszło mi się zmagać w nastoletnim i dorosłym życiu, to przede wszystkim:
  • niska samoocena i poczucie własnej wartości
  • nieufność i wzmożona kontrola
  • lęk przed odrzuceniem 
  • lęk przed porażką
  • nadmierny perfekcjonizm
  • skrytość,zamknięcie w sobie
  • izolacja, życie w osamotnieniu
  • przejęcie zadań rodzica i objęcie roli doradcy wobec któregoś z nich
  • rozchwianie emocjonalne i zmienne nastroje

Oczywiście problemy te nie pojawiły się równocześnie, lecz stopniowo. Początkowo odczuwałam ogromny wstyd. Czułam się inna, gorsza od rówieśników. To, co działo się w domu, utrzymywałam w tajemnicy. Bałam się, że koleżanki i koledzy zaczną się ze mnie wyśmiewać, gdy dowiedzą się o mojej sytuacji rodzinnej. Chciałam być taka, jak wszyscy. Mieć normalny dom, wspaniałą rodzinę, tak jak inne dzieci. Jednak lęk przed odrzuceniem i brakiem akceptacji nie ustępował. Nasilał się wraz z wiekiem. Zaczęłam zamykać się w sobie, bo czułam, że nikt mnie nie rozumie.

Pojawiły się problemy w nauce. Często przychodziłam do szkoły nieprzygotowana do lekcji. Dotąd wzorowa uczennica, gimnazjum ukończyłam ze średnią 3,3. W liceum było jeszcze gorzej. Całkowicie zamknęłam się w sobie, unikałam rozmów z rówieśnikami. Przerwy spędzałam w bibliotece. Wolałam żyć w izolacji, bo wtedy czułam się bezpieczniej.  Na lekcjach brana do odpowiedzi przy tablicy, nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Często znałam odpowiedź, ale bałam się odezwać. Z obawy przed porażką. Wielokrotnie wracałam na swoje miejsce z oceną niedostateczną.

Ponieważ byłam najstarsza z rodzeństwa, spadła na mnie większość obowiązków.  Musiałam opiekować się małą siostrą w czasie, gdy mama pracowała. Co dzień rano odprowadzałam ją do przedszkola, po lekcjach odbierałam. Trzeba było też przypilnować brata. Podać im posiłek, zająć się. Czułam się przytłoczona, za dużo spadło na moje barki. Miałam wrażenie, że mama tego nie rozumie, za dużo ode mnie wymaga.

To pogłębiło moje problemy w szkole. Czułam się winna całej tej sytuacji. Myślałam, że stać mnie na więcej. Chciałam udowodnić sobie i innym, że nie jestem słaba. Zaczęłam bardzo dużo od siebie wymagać. W różnych dziedzinach życia. Byłam zmęczona, ale postanowiłam, że nie dam za wygraną. O dziwo, maturę zdałam całkiem nieźle. Przede wszystkim pisemną. Ustna była dla mnie prawdziwym wyzwaniem, ale dałam radę, przepuścili mnie. I wtedy nastąpił punkt zwrotny w moim życiu.

Nadzieje

Nie dostałam się na wymarzony kierunek studiów, ale udało się na pokrewny. Cieszyłam się. Pierwszy moment od bardzo dawna, kiedy zaczęłam wierzyć w siebie. To jednak był dopiero początek walki z sobą, ze swoimi słabościami i z przeszłością.

Pierwszym krokiem było podjęcie terapii w Poradni Terapii Uzależnienia od Alkoholu i Współuzależnienia. Pierwsze spotkanie było trudne. Nie wydusiłam z siebie prawie żadnego słowa. Ściskało mnie w gardle. Bałam się również, że mężczyzna nie będzie dla mnie odpowiednim psychologiem. Wiecie, myliłam się. Trafiłam na fantastycznego terapeutę. To, w jaki sposób zachęcił mnie do mówienia. To, jak pomagał mi z uporządkowaniem mojego życia - emocji, myśli, zachowań... tego nie da się opisać. Nie ględził mi godzinami. To ja mówiłam, on słuchał. Nie wyciągał wniosków, pomagał mi je wysnuwać samodzielnie. Terapia trwała 12 miesięcy, jedno spotkanie w tygodniu. Nie żałuję, że tam poszłam. Jeśli ktokolwiek z was boryka się z podobnymi problemami, pomyślcie o tym. Warto.

Postanowiłam również wyprowadzić się z domu. Któregoś dnia pokłóciłam się z mamą. Wtedy wiedziałam już, że nie mogę tam dłużej zostać, ze względu na siebie i na nią. I po prostu to zrobiłam. Spakowałam się i opuściłam dom rodzinny. Odcięłam się na długi czas. Potrzebowałam czasu, by móc zająć się własnym życiem. Z perspektywy lat wiem, że była to dobra decyzja. Nabrałam dystansu. Zyskałam czas, by ochłonąć, a później przebaczyć.

Dodatkowym wsparciem były dla mnie studia. Nauki o rodzinie. To była dla mnie taka druga terapia. Studiowałam dziennie, podejmując jednocześnie różne prace dorywcze. Było ciężko, ale czułam, że wracam do zdrowia. Powoli, małymi krokami otwierałam się na świat, na innych ludzi. Na roku poznałam kilka fantastycznych osób. Zaczęłam nawiązywać bliższe relacje. I chociaż doskwierały mi problemy finansowe, czułam, że powoli odżywam. Któregoś dnia okazało się, że jedna z osób rozmawiała z rektorem o mojej trudnej sytuacji materialnej. Otrzymałam zapomogę i darmowe obiady w bufecie. Byłam wzruszona i pierwszy raz od dawna poczułam, że komuś na mnie zależy. Z dnia na dzień było coraz lepiej.

Szansa

Mówi się, że syndrom DDA to coś, z czym człowiek musi zmagać się całe życie. Oczywiście zgadzam się, że dorastanie w rodzinie dysfunkcjonalnej, a właściwie patologicznej, niesie za sobą wiele negatywnych skutków. Uważam jednak, że ten bolesne rany można wyleczyć. Przyszłości wcale nie trzeba budować na przeszłości.

Najważniejsza jest świadomość, że problem istnieje. Jeśli będziemy oszukiwać sami siebie i udawać, że wszystko jest w porządku, nigdy się nie uwolnimy. Utkniemy w martwym punkcie razem ze swoim bólem. Ale ważne jest również to, aby wierzyć, że te wszystkie trudności można pokonać. Że DDA to nie wyrok. Według mnie, bardzo trafnie ujęła to w jednym z wywiadów Elżbieta Królak, psychoterapeutka pracująca w ośrodku Intra:
Czasem bywa, że ktoś przychodzi pierwszy raz i pytam, co go sprowadza, a on mówi od razu: "Jestem DDA". Tak jakby to DDA miało być kluczem, wytrychem i w ogóle wszystko tłumaczyć. Myślę, że można się bardzo przywiązać do tego, i przez taki tylko pryzmat patrzeć na siebie. To byłaby szkoda, to uproszczenie i ograniczenie dla człowieka. Owszem, ważna jest identyfikacja - rozpoznanie, że był w rodzinie problem alkoholowy, że byłem wychowany w warunkach często zagrażających życiu lub zdrowiu, że to wpłynęło na to, jaki jestem. Potrzebny jest czas, żeby zanurzyć się w te doświadczenia, żeby przeżyć i zamknąć to, co miało miejsce wtedy. Oczywiście, że nie zmieni się historii życia, ale można nie być aż tak do niej przywiązanym. Nie potrzeba się tą przeszłością obciążać przez całe życie. Da się tych obciążeń pozbyć, albo chociaż się od nich oddalić. I można iść dalej.
Pomimo bolesnych doświadczeń, można i trzeba próbować budować udane życie, przyszłość. Jeśli istnieje bliska osoba, która nam w tym pomoże, na pewno będzie łatwiej. To jednak nie znaczy, że nie da się unieść bagażu przeszłości całkiem samemu. Znam osoby, którym się udało. Mają rodziny, dzieci, są szczęśliwi i cieszą się każdym dniem. Ja miałam wsparcie przyjaciół, choć nie od samego początku. To jednak nie jest ważne. Najważniejsze, że miałam chęć i odwagę zawalczyć o siebie.

Korzyści

Według mnie DDA to nie wyrok. Tak trudna przeszłość niesie za sobą wiele bolesnych przeżyć i problemów w późniejszym funkcjonowaniu, ale daje również pewne wyposażenie. Przede wszystkim olbrzymią wytrzymałość i siłę napędowa do życia. Oprócz tego - duża wrażliwość i empatia. Osoby z tak bolesną przeszłością często lepiej niż inni rozumiemy ludzi, ich odczucia i potrzeby.

Wszystkie te bolesne doświadczenia w pewnym sensie mnie ukształtowały. Patrzę na życie z innej perspektywy. Nabyta wrażliwość skłoniła mnie do wyrażania siebie, realizowania swoich pasji. Piszę wiersze, brzdąkam na gitarze i komponuję własne piosenki. Prowadzę bloga. To wszystko daje mi ogromną radość. Wiele osób z syndromem DDA coś tworzy, mają różne talenty i rozwijają je.

Trudne doświadczenia skłaniają do poszukiwania rozwiązań, do pracy nad sobą. Ja nauczyłam się rozpoznawać i kontrolować emocje. Poznałam siebie bliżej. Odkryłam swoje niedociągnięcia, ale i możliwości. Dostrzegłam, jakie talenty we mnie drzemią. Takie samodoskonalenie pozwala sięgnąć do potencjału, którego nie da się odkryć bez silnej potrzeby pracy nad sobą.

Świadomość cech i umiejętności nabytych poprzez dorastanie w rodzinie alkoholowej można przeobrazić w nasz oręż. Tego życzę wszystkim osobom, które o swoim dzieciństwie próbują za wszelką cenę zapomnieć.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz