27 listopada 2015

Tyję, więc jestem... O tym, jak to jest być szczupłą. I co, gdy się wreszcie uda przytyć.

być szczupłą

Jak daleko sięgam pamięcią, moje wizyty u rodziny i znajomych zawsze rozpoczynały się podobnie. Nie jesteś głodna? Może byś coś zjadła? Bardzo dziękuję, ale niedawno jadłam. Na pewno? Może jednak coś przekąsisz? Naprawdę dziękuję, nic już w siebie nie zmieszczę. Po tej kwestii czujne ślepia gospodarza wpatrują się we wszystkie partie mojego ciała poniżej głowy. Chwila niedowierzania, pobłażliwy uśmiech, pełne politowania spojrzenie. To chociaż kawałek ciasta ci ukroję! Cudownie! Uwielbiam sernik, więc mogę sobie na niego trochę popatrzeć, czemu nie? To właśnie znaczy być szczupłym. Jesteś szczupła (według innych po prostu chuda), więc zawartość twojej lodówki na pewno można policzyć na palcach. Może masz problemy finansowe i musisz oszczędzać na wszystkim, nawet na jedzeniu. Albo nie ma ci kto gotować, więc wyglądasz jak wyglądasz. Czyli jak? Jestem po prostu bardziej wyrazista i nie kryję się pod niepotrzebnymi centymetrami w obwodzie. Prawda jest taka, że jem więcej niż mój mąż. Nigdy nie chodzę głodna, a moja lodówka i portfel mają się doskonale!

Wiele lat walczyłam ze swoją sylwetką. Jako że ze wzrostem nic już nie mogłam zrobić, poprzestałam na walce z moją wagą (oscylującą w granicach 52-54 kg). A także na walce z wagą łazienkową - nie raz jej się oberwało za to, że nie pokazuje ani grama więcej niż poprzednio. Obrałam sobie za cel - przytyć choćby nie wiem co. Jadłam regularne posiłki bogate w węglowodany - nikt nie nie musiał specjalnie zachęcać, bo od zawsze kocham kasze, makarony, pyzy, knedle i pierogi. W mojej diecie nie brakowało też nabiału, ryb i ukochanych roślin strączkowe (bób i fasolę wciągam jak głupia), Słodycze i fast foody przestały dla mnie istnieć. Piłam hektolitry wody, soki warzywne i owocowe, na gazowane napoje nawet nie patrząc. Po posiłkach leżakowałam, zastanawiając się przy tym, po ilu minutach nicnierobienia wyjdę z siebie i stanę obok. Robiłam wszystko, co mogłam... a 175 cm mojego ciała sobie żyło i nie tyło przez długi długi czas. Więc odpuściłam. A potem po prostu zaakceptowałam fakt, że jestem szczupła i przestałam się tym przejmować.

Dziś nadal mam 175 cm wzrostu i ważę 63 kg. W ciągu 1,5 roku przytyłam aż dychę! Zapytacie: jak, skoro przez tyle lat mi się to nie udało? Dobre pytanie! Też je sobie często zadaję. Może to wiek, a może fakt, że przestałam się tak bardzo przejmować tym, co jem i ile jem. To nie znaczy, że teraz odżywiam się niezdrowo! Po prostu nie liczę kalorii dostarczanych organizmowi w ciągu dnia. Choć nie żyję samymi słodyczami, to czasem po nie sięgam. Przeważają u mnie zdrowe posiłki, ale nieraz robimy sobie z mężem wypad na pizzę. Właściwie niewiele się zmieniły moje nawyki żywieniowe. Co ciekawsze, obecnie prowadzę bardziej aktywny tryb życia, niż dawniej. Dużo jeżdżę na rowerze i nie mniej spaceruję, a leżakowanie po posiłkach mam w głębokim poważaniu. Nie znoszę biernego odpoczynku i nie usiedzę bezczynnie w jednym miejscu dłużej niż 2 minuty (chyba, że jest to sala kinowa, albo poczekalnia w przychodni lekarskiej - wiadomo, trzeba pilnować kolejki). 

Nie mam pojęcia, jak udało mi się przytyć. Znam jednak odpowiedź na inne pytanie, które być może też was nurtuje. Czy to, że przytyłam, zmieniło coś w moim życiu? 

Oczywiście! Musiałam zrobić przegląd w szafie i większość spodni poszła się gwizdać. Na czym niewątpliwie skorzystała moja młodsza siostra. Za to niekoniecznie mój portfel (ale przecież w coś trzeba się ubrać). Musiałam też zaopatrzyć się w nowy strój kąpielowy i figi o rozmiar większe. Odrobinę urósł mi tyłek, mam większy obwód bioder, na moich pośladkach i udach pojawił się cellulit, a na dodatek brzuch postanowił pokazać, że istnieje. Dowiedziałam się również, że moje BMI o wartości 20,7 jest prawidłowe, a ja jestem typem gruszki, co oznacza, że dodatkowe kilogramy lubią moje biodra i pośladki najbardziej z całego ciała. I najważniejsza sprawa... Wizyta u rodziny lub znajomych tradycyjnie rozpoczyna się od propozycji wrzucenia czegoś na ząb, a kiedy odmawiam, to samo co zawsze przenikające spojrzenie lustruje mnie od stóp do głów i pojawia się dokładnie ten sam pobłażliwy uśmiech. Przecież przytyłam! 10 kilo! Ważę tyle, ile powinnam! Naprawdę? To co, może jednak skusisz się na pierogi, albo na kawałek ciasta?

17 komentarzy :

cond='data:post.embedCommentForm' data='post' name='threaded_comment_js'/>
  1. U mnie dodatkowe kilogramy najbardziej lubią brzuch niestety! i ja mam raczej problem w drugą stronę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpadnij jeśli masz ochotę do mnie na linkowe party z tym wpisem :)

      Usuń
    2. A pewnie, że wpadnę :-) Dziękuję za zaproszenie!
      Jeśli chodzi o dodatkowe kilogramy, to wielka szkoda, że nie odkładają się równomiernie na całym ciele... O ile prostsze byłoby życie!

      Usuń
    3. No dokładnie mnie się najwięcej na brzuchu odkłada co uważam za jawną niesprawiedliwość, nie mogło by w cycki chociaż iść ;). Dzięki że wpadłaś na party :)

      Usuń
  2. Ja od zawsze borykam się z nadprogramowymi kilogramami...nigdy nie chciałam przytyć:) To musiało być cudowne uczucie, tak móc jeść co się chce:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłam jeść co chciałam, ale starałam się rozsądnie :-) Sporo osób mi mówiło, że mi zazdrości. A tak prawdę mówiąc to moje nawyki żywieniowe nie różniły się zbytnio od innych... Teraz też nie przeginam - ani w jedną ani w drugą stronę. Staram się jeść zdrowo, ale zawsze coś tam wpadnie mniej ciekawego :D

      Usuń
  3. Mój brat miał niezwykle podobną sytuację do Ciebie i przez lata był niezwykle szczupły. Okazało się, ze to wynik choroby. Na szczęście lekarz w porę zareagował i teraz nie ma już tego problemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że niektórzy mają problemy z wagą z powodu chorób. Przykro mi z powodu brata, ale cieszę się jednocześnie, że lekarz szybko zajął się problemem. Z doświadczenia wiem, że nie zawsze lekarze widzą i chcą znaleźć przyczynę problemu... często tylko leczą jej widoczne konsekwencje.

      Usuń
  4. Zazwyczaj ludzie zmagają się z tym problemem w odwrotną stronę, zapominając, że są osoby z takimi problemami jak ty. Moja koleżanka ma taki sam problem i pamiętam jak zawsze opowiadała mi, jak ją to boli jak ludzie sobie z niej żartują, że za chuda, że niech lepiej coś zje etc. Czasami nie pomyślą, że takie sytuacje to bardzo poważne problemy dla Was.
    Była też dziewczyna u Chodakowskiej, która od regularnych posiłków i ćwiczeń poszła z wagą w górę więc może to jest rozwiązanie. Pewno tez to ma coś do czynienia z wiekiem :) .. człowiek (ciało) mądrzeje :D

    Powodzenia w dalszych zmaganiach :)) ... a rodzina, nie przejmuj się - obojętnie jak będziesz wyglądała dla nich zawsze będziesz malutką chudzinką i z dobroci serca pewno będą chcieli Cię dokarmiać :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Tak, to prawda, dla najbliższej rodziny wciąż jestem chudzinką :-) Zwłaszcza babcia ciągle próbuje mnie dokarmiać, gdy ją odwiedzam :-)

      Usuń
  5. Tak to już chyba jest - im jesteśmy starsze, tym trudniej utrzymać idealną figurę. Ja mam podobną obserwację - jem mniej i zdrowiej, ruszam się więcej niż te 10 lat temu, a mimo wszystko figura już nie wygląda tak dobrze jak wtedy. Z małym wyjątkiem - ja lubię jak mnie częstują - cieszę się wtedy, że to nie ja stałam godzinami w kuchni, żeby to wszystko przygotować :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :-) Ja też czasem korzystam z poczęstunków! To nie jest tak, że zawsze odmawiam :-) Po prostu często jestem już po posiłku i pękłabym, gdybym jeszcze po coś sięgnęła. A mimo to w 99% przypadków słyszę ponowną propozycję przekąszenia czegoś pomimo moich protestów :P

      Usuń
  6. Jestem po 30stce i akceptuję większość zmian.. inaczej się nie da.. szkoda życia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cóż, z tym częstowaniem, to już taka nasz polska gościnność. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak ja nie lubię jak ktoś wmusza we mnie jedzenie... Chyba większosć z nas nie lubi tego :)

    OdpowiedzUsuń